wtorek, kwietnia 3

06.


Rozdział 6. Echo

Do posłuchania --> https://www.youtube.com/watch?v=nhq6xkpMJpA

Kiedy jesteś w niezręcznej sytuacji? Kiedy wiesz, że jeszcze jedno uderzenie muchy o szybę przyprawi cię o szał lub migrenę. Tak właśnie tego pięknego, sierpniowego południa czuła się Hermiona Granger, próbując znaleźć sobie o tyle interesujący obiekt, by odciągnął jej uwagę o siedzącego po drugiej stronie stołu rudzielca. W dłoniach ściskała kubek z ostygłą już herbatą earl grey z dwoma kostkami cukru i odrobiną soku z limonki, a w głowie miała tylko jedno pytanie: „Po jasną cholerę on się tu pojawił?”.
Ronald Weasley, bo to jego dziewczyna określiła dość neutralnym stwierdzeniem „rudzielec”, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego pół-wesoła paplanina nie jest mile widziana, a Hermiona zastanawia się, jak ją przerwać i odprawić gościa. Siedział na stołku w jej seledynowej kuchni i opowiadał o swoim życiu w takim stylu, jakby był święcie przekonany, że dziewczyna chce poznać każdy jego szczegół od czasów, w których zerwała zaręczyny i zniknęła na kilka miesięcy.
Na to wspomnienie Hermiona mocno się zaczerwieniła, choć oczywiście Ron nie zwrócił na to żadnej uwagi. W ogóle zdawał się nie przywiązywać wagi do tego, że nadawca jego wiadomości jest pogrążony w zupełnie innych myślach, dotyczących innych czasów niż te, o których tak ochoczo prawił. Dziewczyna jednak pamiętała całkiem wyraźnie ten dzień.
*
Słońce powoli już zachodziło, czerwoną poświatą oślepiało mnie lekko, ale stałam wciąż na werandzie Nory i otulona ciepłym swetrem czekałam, aż całkiem zajdzie za horyzont. Zdawało mi się, że czerwona gwiazda oddaje mi mnóstwo swego ciepła, choć na dworze przecież panował marcowy ziąb. Tak jednak było, gdy wewnątrz człowieka nie pozostało już żadne ciepłe miejsce.
Z rozmyślań wyrwał mnie dopiero po jakimś czasie głos gospodyni.
- Hermiono, dołączysz do nas na kolacji?
- Już idę, pani Weasley.
Gdy wzrok przyzwyczaił mi się z powrotem do normalnego światła ujrzałam jej uśmiechniętą, choć postarzoną zmarszczkami twarz, której wyraz wyraźnie mówił: „Oj, ty niesforny urwisie”. Zaczęłam się zastanawiać, co takiego zrobiłam, nawet chyba lekko zmarszczyłam brwi, kiedy powiedziała:
- Przecież prosiłam, żebyś mówiła do mnie „mamo”.
Ach. No tak. Pierścionek.
Kiedy zasiedliśmy do stołu rodzina Weasley’ów skupiła się na standardowym rytuale jedzenia przerywanego nagłymi wybuchami śmiechu i ożywioną dyskusją na temat ostatnich rozstrzygnięć jakiegoś idiotycznego sportu, którego sezon akurat wszedł w finalną fazę. Później pomrukiwano o polityce, a następnie powoli dochodzono do deseru, kiedy już wszyscy pojękiwali z przejedzenia, a gospodyni pilnowała, by każdy dostał ogromny kawał kolejnego placka czy innego słodkiego wypieku. Później powoli każdy tłumaczył się koniecznością odejścia jak najszybciej, żeby przypadkiem nie dostać jeszcze wałówki na drogę i całego wyposażenia lodówki na tydzień, a reszta – głównie domownicy, czyli Percy, Ron, Ginny, państwo Weasleyowie i od czasu do czasu któreś z pozostałych ich dzieci siadywali przy kominku z herbatą lub czymś mocniejszym i długo jeszcze rozmawiali albo po prostu wpatrywali się w ogień.
Tego wieczoru miało być jednak inaczej, bowiem rytuału odmówiłam właśnie ja, grzebiąc w talerzu z potrawką z indyka zupełnie bez entuzjazmu. W głowie cały czas kołatały mi się twarze kolejnych coraz bardziej zmasakrowanych ciał uczniów, czarodziejów, a nawet śmierciożerców czy olbrzymów, czy skrzatów domowych, które z każdym dniem odnajdywaliśmy w ruinach zamku Hogwart, próbując odbudować stare, magiczne mury.
- Hermiono, nic nie zjadłaś. Nie smakuje ci? – zapytała mnie pani Weasley po raz kolejny wyrywając mnie z rozmyślań i przypominając, że nie mogę ot tak rozkleić się przy wspólnym stole. Zamrugałam kilka razy, by pozbyć się irytującej wilgoci z oczu i potrząsnęłam głową.
- Po prostu nie jestem głodna – odpowiedziałam. Kobieta posłała mi żałosne spojrzenie, ale powstrzymała się od komentarza. Ostatnio w ogóle nie byłam głodna.
Po kolacji chciałam stamtąd jak najszybciej pójść, ale za rękę złapał mnie mój narzeczony, co oznaczało, że zanim ucieknę w odmęty mojej kołdry przed kolejnym trudnym dniem odbudowy szkoły, będę musiała jeszcze trochę pozabawiać rodzinę. Rzuciłam Ronowi żałosne spojrzenie, błagając w myślach, by nagle dostał empatycznego olśnienia i by dotarło do niego, jak bardzo nie mam ochoty na siedzenie tu dalej, ale ten nawet na mnie nie patrzył, z rozpromienioną buzią skierowany w stronę Billa i Fleur, którzy tego dnia dołączyli do kolacji. Dziewczyna zaś patrzyła na mnie niespokojnie, jakby zdając sobie sprawę z tego, jak tragicznie się czuję. Ciepło słońca zdążyło ze mnie ulecieć, a mimo rozpalonego kominka było mi zimno. To ja byłam źródłem tego chłodu i miałam wrażenie, że praprawnuczka willi zdaje sobie z tego sprawę.
- To… kiedy ślub? – zapytał jakby od niechcenia Bill, odchylając się na krześle z porcją kruchego ciasta z konfiturą z malin, bezą i kruszonką, które wyglądało na naprawdę pyszne. Na szczęście jednak nie trzymałam swojej porcji w dłoni, bo mogłabym ją upuścić. Odkaszlnęłam.
- No wiesz, bracie, wszystko w swoim czasie… - zaczął swój wywód Ronald, a ja pomyślałam, że jeszcze jedno jego słowo i głowa mi eksploduje.
Nie układało nam się. I wiedziałam, że to moja wina, że tak naprawdę w czasie wojny wyobrażałam sobie bardziej idealną wersję Ronalda Weasley’a u mojego boku. Naprawdę zdawałam sobie sprawę z tego, że to ja zawaliłam. Ron nigdy nie był tym czułym chłopcem, którego uroiłam sobie w głowie, nigdy nie zbliżył się nawet do ideału, który trzymał mnie podczas wojny przy zdrowych zmysłach. Wtedy potrzebowałam tego wyobrażenia, tej wiary w idealność ludzką, w dobroć i empatię ukrytą pod warstwą wojennego strachu… Ale teraz musiałam odpowiedzieć za zawalenie trzeźwego osądu i wypić to piwo, które sama sobie uwarzyłam.
- Nigdy! – weszłam w słowo Rona, zdejmując pierścionek z palca i zrywając się na nogi. – Wybacz, Ron, ale nie pasujemy do siebie. Przepraszam – rzuciłam w przestrzeń i obróciłam się na pięcie, po czym wybiegłam z Nory, a tuż po przekroczeniu barier zaklęć zwodzących, jakie Weasley’owie zostawili „na wszelki wypadek”, deportowałam się do Londynu, czując się jednocześnie lżejsza, ale również odczuwając wielkie obrzydzenie do samej siebie.
*
Hermiona wzdrygnęła się na myśl, że tego samego dnia posłała swojego patronusa do Ginny i poinformowała o wyjeździe. Powodem jej dreszczy nie był wcale fakt tego, jak się zachowała, ale tego do jakiego stanu później się doprowadziła. Odwróciła głowę w stronę okna, zza którego do kuchni zaczęło zaglądać słońce, zapominając przez chwilę, w jakiej niezręcznej sytuacji się znajduje i chłonąc każdy ciepły promień, który wyganiał stopniowo z jej wnętrza to przemożne uczucie chłodu i beznadziei, towarzyszące jej od chwili, w której uświadomiła sobie ogrom strat, jakie przyniosła nie tyle Wielka Woja, ile II Bitwa o Hogwart.
- Zimno ci? Przyniosę koc! – zawołał Ronald już-już podnosząc się z krzesełka i wykazując jednocześnie jakiekolwiek zainteresowanie i spostrzegawczość względem gospodyni. Hermiona, przywołana jego głosem z powrotem na kuchenny stołek, natomiast zaprotestowała.
- Nie, Ron! – warknęła w jego stronę, posławszy mu takie spojrzenie, które obiecywało, że jeśli zaraz nie wróci na miejsce, to dziewczyna wyrzuci go za drzwi. – Przejdź do sedna. Po co tu przyszedłeś? – zapytała prosto z mostu, czując, że już dłużej nie zniesie paplaniny o tym, jak to psychomag zasugerował Ronowi, że ten musi wyjść z cienia wielkiego przyjaciela i spróbować działać na własną rękę, by uwierzyć w siebie i usamodzielnić.
Rudzielca zatkało. Przez chwilę nie wiedział, co ma zrobić i stał, zatrzymany w pół kroku, po czym powoli wrócił na swoje miejsce i rzucił dziewczynie spojrzenie zbitego psa.
- Pomyślałem, że… może jak już miałaś trochę czasu na przemyślenie… że może warto pomyśleć, no wiesz, o nas… - zająknął się i umilkł, skutecznie sprowadzony na ziemię prychnięciem Hermiony.
Dziewczyna czuła, że jeśli nie postawi sprawy jasno – i być może boleśnie – to nigdy nie uwolni się od tego człowieka – człowieka, którego idealna wersja w jej wyobraźni nijak miała się do oryginału.
- Nie ma nas, Ron. Nie ma i już nie będzie – powiedziała stanowczo, udając, że rzednąca mina – kiedyś przyjaciela, chłopaka, narzeczonego, - i ból w jego oczach zupełnie nie robią na niej wrażenia.
Tak nie było i każdy, kto choć trochę znał Hermionę Granger, wiedziałby, że robiła sobie właśnie emocjonalną krzywdę. Lubiła Rona, kiedyś był jej bliski i brakowało jej go jako przyjaciela. Niestety, była świadoma, że pazury, jakie ryły jej serce przy kolejnych słowach, były konieczne. Z takich relacji jak ich nieczęsto wracało się do przyjaźni.
- Ale… miałaś tyle czasu, żeby się zastanowić! Przecież ci nie przeszkadzałem! Dałem spokój! To już czas najwyższy, żebyś doszła do wniosków! – wybuchnął, patrząc na nią wzrokiem pełnym zawodu i bólu.
Wiedziała, że on nie udaje. Była też pewna, że to nie jego wina, że był tak emocjonalnie ograniczony. Ale to również nie była jej wina. I nie planowała odpowiadać za to przez całe życie, trwając u jego boku i marząc o wolności.
- RON! Czy ty siebie słuchasz?! – wybuchła, zrywając się na nogi po kolejnej tyradzie, jak to miała mnóstwo szczęśliwego czasu na dojście do właściwych wniosków, czyli – jak wynikało z rozumowania Weasley’a – powrotu do niego i skruchy. – Mało nie zagłodziłam się na śmierć, a Ty mi mówisz o wracaniu do czegoś, co było tylko iluzją?! BYŁA WOJNA. Nie myślałam jasno… - powiedziała, kończąc wypowiedź na urywanym oddechu. – A teraz idź już sobie – dodała, po czym przepchnęła się obok niego, nie mając pojęcia, kiedy i on wstał, a następnie zamknęła się na klucz w łazience, czując, jak gorące łzy spływają jej po policzkach.
- Ach, to tak. Ale wiesz, zastanów się jeszcze – usłyszała zza drzwi. – Harry wybrał Ginny, a ty możesz nie znaleźć nikogo lepszego ode mnie – powiedział, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.
Cała pewność siebie, jaką Hermiona próbowała odbudować przez ostatnich kilkadziesiąt godzin, cała siła, jakiej szukała w stawianych sobie małych celach, wszystkie chęci do walki o samą siebie… to wszystko zniszczono w trakcie tej krótkiej rozmowy. Dziewczyna zagryzła wargę prawie do krwi, dusząc w sobie szloch i drżące dłonie zacisnęła na różdżce. Jedna część jej podpowiadała, że tak, Ron ma rację, że nie znajdzie nikogo lepszego, bo sama jest jednym wielkim nieszczęściem. Druga jednak zaskoczyła ją samą siłą głosu, który próbował zagłuszyć tę pierwszą. Przypomniał jej przez chwilę starą Hermionę, która w takich sytuacjach mówiła: Już ja wam pokażę!
To jednak było tylko echo tej prawdziwej Gryfonki.
 

___________________
Wiem. Naprawdę wiem. Ale mam ostatnio tyle roboty... że aż poddaję w wątpliwość sens prowadzenia bloga z opowiadaniem. Ktoś tu jeszcze zagląda?