niedziela, września 24

03.



Rozdział 3 „Czarodzieje się zmieniają, panno Granger”
- Hej, Hermiono! – To Dean Thomas biegł zatłoczoną ulicą pełną specyficznie ubranych ludzi i machał ręką do zdziwionej dziewczyny. Hermionie wpadło do głowy, że gdyby teraz jakimś cudem któryś z mugoli z jej bloku wpadł na ulicę, zastanowiłby się z pewnością, czy to nie przypadkiem wybieg dla psychicznie chorych i obłąkanych, a może i opętanych ludzi.
Magię wyczuwało się tu w powietrzu, zupełnie jakby miała jakiś swój zapach, który przyprawiał dziewczynę o gęsią skórkę i napięcie gdzieś w okolicy żołądka, tak, jak myśl o świeżym zapachu pergaminu, pasty do zębów i skoszonej trawy. Tuż przy aptece stały dwie czarownice z kociołkami z cyny w rękach, z których wystawały przeróżne ingrediencje eliksirów i chyba składniki domowej zupy cebulowej. Odziane w jaskrawogranatową i zielonkawą szatę kobiety dyskutowały zawzięcie o czymś, czego Hermiona nie mogła i nawet nie próbowała dosłyszeć. Gdzieś nieopodal słychać było krzyki i śmiechy dzieci, które z pewnością dokazywały na pobliskim placu zabaw, wybudowanym całkiem niedawno. Hermiona słyszała też szum niewielkiej fontanny Chochlika, a przez gwar rozmów dobiegały do niej takie słowa jak „Hogwart”, „sowy”, „galeony” czy „cholerne gobliny”, kiedy młody czarodziej przechodzący obok w towarzystwie ledwo piętnastoletniej czarownicy utyskiwał na zbyt małą zdolność kredytową, która w jego mniemaniu była stanowczo zaniżona przez magiczne stworzenia zarządzające bankiem Gringotta.
Hermiona uśmiechnęła się do tego wszystkiego, czując się tak, jakby właśnie spotkała się niespodziewanie z długo niewidzianym krewnym, za którym strasznie tęskniła, choć nie zdawała sobie z tego sprawy. Tak naprawdę, przed przyjściem na Pokątną oczekiwała bardziej strachu, a uczucie napięcia w żołądku boleśnie przypominało jej o tym, w jakich okolicznościach ostatnim razem odwiedziła jedyną w pełni magiczną ulicę w Londynie.
*
Spojrzała w lustro i poczuła obrzydzenie. Każda szyba, każda kałuża, których nie brakowało na ulicy Śmiertelnego Nokturnu, każda bardziej wypolerowana moneta i każde lustro, jakie napotkała w drodze do banku czarodziejów, przypominała jej, kim musiała stać się na kilka godzin, czyją znienawidzoną twarz przybrać.
Bellatrix Lestrange musiała być kiedyś piękną kobietą. Och, na pewno, zanim urody nie odebrała jej obsesja na punkcie Czarnego Pana. No i może Azkaban. Włosy miała cały czas mocne, hebanowo czarne i bez pasemek siwizny, które w wieku pięćdziesięciu lat miały już prawo się pojawić. Loki swobodnie opadały jej na twarz i gdyby na co dzień nie wytrzeszczała oczu w szale i wściekłości, które nią kierowały, a usta czasem ułożyłaby w uśmiech, wciąż mogłaby zachwycać urodą. Hermiona nie dziwiła się, że jej mąż kiedyś się w niej zakochał. I że zdołała zwerbować do szeregów Śmierciożerców wielu młodych chłopców. A mimo to, każdy widok jej oszalałej twarzy, którą teraz przybrała twarz Hermiony, sprawiał, że dziewczyna musiała płyciej oddychać, chroniąc się przed zwróceniem śniadania.
*
Hermiona wyrwała się z objęć paraliżujących ją wspomnień w momencie, w którym Dean praktycznie na nią wpadł. A wpadł na nią w celu wyściskania i wytulenia za wszystkie czasy. Dziewczyna co prawda nie przypominała sobie, żeby żyli w Hogwarcie w aż tak zażyłych stosunkach, ale lekko objęła chłopaka i poklepała go po plecach, nie do końca wiedząc, co powinna w takiej sytuacji zrobić.
- Dean, udusisz mnie! – zaśmiała się, gdy chłopak nie wykazał zainteresowania puszczeniem jej po dłuższej chwili. Na te słowa odsunął się jednak, lekko zmieszany.
- Wybacz – powiedział z zakłopotaną miną, przeczesując ręką włosy z tyłu głowy. Hermiona przez chwilę przyjrzała mu się uważniej i stwierdziła, że co jak co, ale Dean Thomas wygląda świetnie.
Blond włosy pojaśniały mu od słońca, którego musiało mu nie brakować w to upalne lato. Były schludnie przycięte, jakby przed minutą wyszedł od fryzjera. Gładkie policzki, szerokie barki i płaski brzuch, opięty mocno przez białą koszulę z jednym guzikiem rozpiętym pod szyją. Był opalony, zadbany. Poza małą blizną nad łukiem brwiowym, nie było na nim śladów tego, co stało się tak niedawno. Hermiona poczuła się nieswojo. Sama wyglądała jak dwa kroki od śmierci, a przy nim ten obraz jeszcze się pogłębiał.
- Idziesz w jakieś konkretne miejsce? – zapytał Dean, przerywając milczenie między nimi.
- Właściwie to muszę odwiedzić Gringotta – powiedziała, czując, że nie będzie to zbyt miła wizyta. Gobliny na pewno wciąż jej nie wybaczyły napadu i rabunku z jednego z najbardziej strzeżonych skarbców, a do tego uwolnienia smoka. Sama Hermiona też nie przepadała za tym miejscem, zwłaszcza po tym, jak dowiedziała się o znęcaniu się nad zwierzętami, które przez całe życie nie widziały słońca, tylko ku uciesze grupki karakanów. Zadrżała w duchu na myśl, że będzie musiała pojechać z jednym z nich tym okropnym, chyboczącym się na wszystkie strony wózkiem, by wybrać pieniądze ze skarbca, mając świadomość, że kilkadziesiąt metrów pod nią być może właśnie jakiś smok jest torturowany i zmuszany do posłuszeństwa. – Nawet zastanawiam się, czy nie przenieść gdzieś oszczędności, bo jakoś nie bardzo mam ochotę na konfrontację z goblinami – zaśmiała się ponuro.
Dean przez chwilę nie mógł skojarzyć, o co właściwie jej chodzi. Kiedy zrozumiał żart, uśmiechnął się i zaproponował, że pójdzie z nią, bo idzie w tym samym kierunku.
Szli więc obok siebie, czując lekki wiatr na twarzy i zaskakujące jak na Londyn słońce. Mijali tłumy czarodziejów, roześmianych, spieszących się załatwiać swoje sprawy. Kilkoro dzieci próbowało wejść do sklepu z Magicznymi Dowcipami Weasleyów, choć wyraźnie napis na drzwiach głosił, że wstęp wzbroniony przed ukończeniem 11 roku życia. Gdzieś obok przy sklepie z szatami stali ich opiekunowie, ze śmiechem obserwując, jak tylko któryś przekroczył linię drzwi i wylatywał gwałtownie w powietrze, po czym odlatywał od nakreślonej tam linii wieku kilka metrów do tyłu, lądując bezpiecznie po drugiej stronie ulicy. Hermiona zaśmiała się na myśl, że skądś zna ten efekt. Brakowało tylko lądowania na tyłkach i wyrastających z bród siwych włosów.
- Też ci to przypomina czwartą klasę? – zapytał Thomas, podążając wzrokiem za kolejnym dzieciakiem odfruwającym od drzwi Magicznych Dowcipów Wealseyów. – Wtedy wszystko jeszcze było proste, co? – dodał po chwili, gdy Hermiona przytaknęła.
Mimo że Dean wyglądał świetnie i nie było po nim widać, że przeżył wojnę i stracił na niej bliskich, to w jego oczach czaił się smutek, który Hermiona doskonale znała z nieprzespanych nocy i ponurych myśli. Rany nie musiały być widoczne gołym okiem, by doskwierać. Ran mogło w ogóle nie być, ale kiedy od środka człowieka zjadał ból, stopniowo przeradzający się w pustkę, brak chęci do życia i pragnienie śmierci, odbijało się to w oczach. I nawet silni mężczyźni, którzy wydawali się wychodzić bez szwanku z wojny z Ciemną Stroną, cierpieli. Hermiona wyciągnęła rękę do ramienia kolegi ze szkoły. Poczuła się rozumiana i to przez osobę, po której raczej spodziewałaby się takich słów, jakie otrzymała od Neville’a.
Deanowi zaszkliły się oczy, kiedy Hermiona uścisnęła jego ramię, ale uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Po chwili ruszyli w dalszą drogę, oboje ciesząc się ciszą, która pokazywała, że rozumieją się. Hermiona wciąż dziwiła się, jak ogromną nić porozumienia utworzyło w nich wspomnienie jednego wydarzenia. A właściwie jednej osoby.
- Dumbledore zawsze potrafił zapalić światło, nawet kiedy wszyscy inni tracili nadzieję – powiedział chłopak, a Hermiona pokiwała głową, czując dokładnie to samo. Stali już u wrót potężnego białego budynku, patrząc na niewielki pomnik z białego marmuru. Hermiona nie zdawała sobie sprawy z tego, że coś takiego pojawiło się na ulicy Pokątnej. Podeszła powoli do kamienia i dotknęła głowy wyrzeźbionego smoka, przyglądając się własnej podobiźnie umieszczonej na jego plecach. – Jeśli nie masz ochoty wchodzić do środka, poczekaj tutaj. Pracuję w banku, przyniosę Ci sakiewkę – dodał Dean, a nie doczekawszy się odpowiedzi ze strony byłej Gryfonki, wszedł do banku rzucając: - Zaraz wracam.
Hermiona przyglądała się pomnikowi jeszcze dłuższą chwilę, czując się naprawdę nieswojo. Była pewna, że jej wyczyn i pomysł ucieczki na smoku z horkruksem w dłoni zasłużył sobie na jedno wielkie potępienie ze strony społeczności goblineckiej. W końcu nie dość, że potwierdziła plotki o tym, że korzystają z „usług” smoków do pilnowania skrytek, co z pewnością naraziło ich na ataki ze strony obrońców magicznych stworzeń, to do tego była pewna, że postrzegają ją jako zwykłą złodziejkę. Tymczasem pod pomnikiem wyczynu jej, Harry’ego i Rona widniał podpis „Najodważniejszym włamywaczom, którzy uratowali świat przed tym, którego Imienia Nie Wolno Wymawiać – dozgonna wdzięczność”.
Hermiona poczuła ciepło na sercu. Sama nie uważała, by bez jej wkładu Voldemorta nie udałoby się pokonać. Wręcz przeciwnie, być może udałoby się dokonać tego szybciej, gdyby nie jej chora mania na punkcie odzyskania Rona, kiedy ten postanowił opuścić wyprawę. Gdyby wtedy dotarło do niej, że mogą sobie bez niego poradzić, a przez to szybko wszystko zakończyć… Ale ten pomnik, choć malutki i skryty w cieniu wielkiego, białego, bogato zdobionego budynku banku, sprawił, że poczuła się ważna. A to uczucie sprawiło, że na blade policzki wpłynął rumieniec, a usta rozciągnęły się w uśmiechu.
Nawet nie zauważyła, kiedy Dean wrócił, dopóki się nie odezwał.
- Nie wiedziałaś o istnieniu tego pomnika? – zapytał, a ona aż podskoczyła zaskoczona. Skupiła się na dokładnym oglądaniu każdego detalu misternie zrobionej rzeźby do tego stopnia, że świat umykał jej gdzieś za plecami.
- Nie – odpowiedziała kręcąc głową.
Dean podał jej pełną sakiewkę i schował ręce w kieszeniach. Wyglądał na zadowolonego z siebie, obserwując dziewczynę badającą rzeźbę.
- Takich jest więcej – powiedział, jakby zawstydzony faktem, że to on musi ją o czymś takim informować. – Chociaż Harry walczył o to, żeby jego podobizna nie znalazła się prawie na żadnym – zażartował. Hermiona, widząc go tak zakłopotanego i ze smutkiem wypisanym w oczach, poczuła nagłą ochotę przytulenia go.
- Chcesz pogadać, Dean? – zapytała, ale chłopak natychmiast pokręcił głową.
- Chciałem tylko powiedzieć, że cieszę się, że tu jesteś. Słyszałem straszne rzeczy – powiedział. Hermiona pokiwała głową. – Pewnie nie zechcesz wrócić do szkoły. Ja też nie zamierzam. Cieszę się, że żyjesz i że widziałem cię na własne oczy – dodał, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł ze sztywnymi plecami, a następnie pospiesznie zniknął w murach banku.
Hermiona przez chwilę patrzyła w miejsce, w którym schowała się jego sylwetka. Jeśli usłyszała takie słowa od Deana Thomasa… to paskudne plotki musiały krążyć na jej temat w czarodziejskim świecie. Dziewczyna czuła się z tym fatalnie, cała otucha, jakiej doznała zobaczywszy pomnik, wyparowała i ustąpiła miejscu niesmakowi, przemieszanemu ze wstydem. Plotki plotkami, tym nigdy się nie przejmowała, przecież w szkole non stop była ich obiektem, tematem i ulubienicą. Gorzej czuła się dlatego, że były bardzo bliskie prawdy.
Weź się w garść, Granger – nakazała sobie i ruszyła pozornie pewnym krokiem w stronę sklepu z różdżkami Olivandera. Nie pomyślała nawet o tym, że pan Olivander mógłby zechcieć przejść na emeryturę, a nawet jeśli przemknęło jej to przez myśli, to nie miała zielonego pojęcia, czy na Pokątnej mógł istnieć inny sklep z różdżkami niż ten olivanderowski.
Masz jasny cel. Różdżka – powtarzała sobie w myślach, czując, że najchętniej zakopałaby się teraz w kołdrze i nie wstała już do następnego dnia. Wiedziała, że taka huśtawka nastrojów zupełnie nie pomoże jej stanąć na nogi, ale wrodzony upór popychał ją do celu jej wizyty.
Kiedy szła ulicą, ludzie rzucali ciekawskie spojrzenia w jej stronę, a gdy rozpoznawali ją, wołali i pozdrawiali ich – niegdyś – bohaterkę. Tą która pomogła zniszczyć Tego, Którego Imienia Nie Można Wymawiać. Nie czuła się tą samą Hermioną co przed półtora roku. Czuła, że tamta Hermiona odeszła bezpowrotnie. I panna Granger była pewna, że sama ją zabiła, nie dopuszczając do siebie nikogo i panicznie bojąc się, że ktoś odkryje, jak słaba stała się i jak połamała ją w środku wojna, a przez to sam Czarny Lord.
Weszła do Olivandera, nie zwróciwszy nawet uwagi na to, że dotarła do celu. Dopiero gdy do jej płuc nie dotarła tona kurzu, zawsze zalegającego na pudełkach z różdżkami i kiedy ostre światło spadające na nią z sufitu, poraziło jej oczy, uznała, że z pewnością trafiła w nieodpowiednie miejsce.
Rzeczywiście był to sklep z różdżkami. Te jednak poukładane były w zgrabne stosy w wielu regałach i szafkach, a nie leżące od ziemi do sufitu w nieładzie, w którym odnajdował się tylko pan Olivander. Światło i porządek podkreślała jeszcze jasna lada, za którą stał chłopak być może dwa lub trzy lata młodszy niż klientka, chudy i ze śmiesznie przystrzyżoną brodą. Uśmiechnął się do niej i powiedział:
- Witam u Olivandera! Ja nazywam się Mauer i jestem wnukiem siostry właściciela. W czym mogę pomóc?
Mówił z delikatnie francuskim akcentem, co zapewne świadczyło o tym, że niedawno zakończył edukację w Akademii Magii Beauxbatons. Miał szeroki i chyba szczery uśmiech, a z oczu patrzyło mu dobrze, jakby rzeczywiście był w tym miejscu, by pomóc Hermionie.
Dziewczyna powoli podeszła do lady i wygrzebała z torby ułamaną różdżkę. Położyła ją ostrożnie na ladzie, czując się nieswojo pod oceniającym spojrzeniem chłopca, jakby połamanie różdżki było świętokradztwem, którego dopuściła się z niefrasobliwości.
- Chciałabym wiedzieć, czy może dałoby się ją naprawić…? – powiedziała, a ostatnim momencie decydując się na zmianę tonu z twierdzącego na pytający. Dopiero w tym momencie dotarło do niej, że być może straciła różdżkę, która pozwoliła przeżyć jej, Harry’emu i wielu innym ludziom. Różdżkę, która była jej bronią i obroną. Różdżkę, która przyczyniła się do pokonania Ciemnej Strony. Różdżkę, która nigdy jej nie zawiodła. Poczuła ściśnięcie w gardle, a oczy zaszkliły jej się od łez, kiedy dotarł do niej ogrom tragedii, jaką była utrata jej różdżki.
- Spójrzmy – powiedział mężczyzna, biorąc do rąk ostrożnie kawałek drewna. – To winorośl ze smoczym sercem, prawda? – zapytał, oglądając różdżkę z bliska. Dwa osobne kawałki żałośnie leżały na jego dłoni i wyglądały tak, jakby planowały powbijać drzazgi w palce tego, kto będzie śmiał cokolwiek z nimi robić. – Hmm – mruknął po czym odszedł w głąb sklepu, a Hermiona zauważyła, że pochyla się nad biurkiem, na którym z pewnością miał ustawioną lupę.
Dziewczyna stała cały czas przy ladzie, czując, że zbiera jej się na płacz. Jej wahania nastrojów zaczęły ją samą denerwować, bowiem pamiętała czasy, kiedy z takim problemem po prostu przyszłaby i zażądała rzeczowym tonem naprawy bądź wymiany różdżki w możliwie najkrótszym czasie, a tymczasem stała teraz rozdygotana i przerażona myślą, że być może kawałka patyczka nie da się naprawić. Granger, to tylko różdżka – powtarzała sobie w myślach, kiedy sprzedawca sprawdzał różdżkę różnymi przyrządami.
- I jak? – zapytała dziewczyna po jakimś czasie ze zdenerwowania wyłamując kostki ze stawów w dłoni. Każdy z nich przeskoczył na swoje miejsce z głośnym chrupnięciem, na które skrzywił się powracający do lady mężczyzna.
- Obawiam się, że nic nie mogę zrobić – powiedział, kładąc różdżkę z powrotem na ladę. – Być może wuj mógłby zerknąć na nią jeszcze, ale prawdę mówiąc nie widziałem jeszcze, by różdżkę złamaną w pół ktokolwiek próbował reanimować. Jej żywot dobiegł końca – powiedział smutnym tonem, jakby różdżka miała uczucia i rzeczywiście można było mówić o jej „życiu”.
Hermiona poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w brzuch. Miała ochotę zgiąć się w pół i zniknąć. Poczuła się bezbronna i naga bez swojej różdżki, choćby w kawałkach. Wzięła ją w dłonie i ostrożnie schowała z powrotem do torby na ramieniu. Postanowiła zachować ją, bo to dzięki niej była kim była – czarownicą, która przeżyła wojnę z Ciemną Stroną.
Być może nie była już tą samą silną Hermioną, która ze wszystkim sobie radziła. Być może była poraniona, a rany nie do końca jeszcze się zabliźniły, a może nigdy się nie zabliźnią, ale żyła i to dzięki tym dwóm kawałkom niepozornej gałązki winorośli.
- W takim razie – odezwała się, po czym odchrząknęła, bo jej głos odmówił posłuszeństwa. – W takim razie poproszę o kopię – powiedziała w stronę Mauera, który obserwował jej reakcję na wiadomość z dziwnym zrozumieniem. Grangerówna czuła, że jeśli nie uniesie wysoko głowy i nie zrobi kolejnego kroku, to zaraz rozpłaczą się przed tym niepozornym chłopakiem i będzie potrzebowała dłuższej chwili, żeby się pozbierać.
Mauer chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo pokiwał głową i wskazał jej krzesło przy stoliku.
- Proszę spocząć, ja w tym czasie znajdę dla pani różdżkę – powiedział. Hermiona pokiwała głową i z wdzięcznością opadła na krzesło w rogu sklepu przy niewielkim, chybotliwym stoliczku, na którym ustawiono wazon z suszonymi konwaliami przeplatanymi ciemnym fioletem fiołków. To dość oryginalne połączenie przyciągnęło wzrok Hermiony, która wspomniała zupełnie inne, suszone kwiaty na mogiłach przy Hogsmade.
*
Miesiąc po bitwie wiele grobów przysłoniły opadające liście z drzew. Pożar, jaki wybuchł w samym Hogwarcie, ale i Hogsmade poranił drzewa na tyle, że pogubiły liście i zasnęły w kondukcie żałobnym uczciwszy poległych. Mimo iż lato trwało w najlepsze na Szarym Cmentarzu krajobraz wyglądał co najwyżej na wczesną jesień. Kolorowe liście słały swe dywany w przejściach, a przysychające chryzantemy pyszniły się w promieniach ostrego słońca. Wszechobecny popiół, który unosił się od momentu zniszczenia Lorda Voldemorta, pokrywał uparcie pomniki i mogiły.
Hermiona trzymała w dłoniach wiązankę borowych róż. Szła powoli między grobami szukając tego, który zawsze napawał ją największym smutkiem. Wiedziała, że tym razem nie spotka na nim Remusa, bo ten wyjechał z Teddym do rodziców Tonks. Dziewczyna podeszła do jej grobu i uklęknęła na zimnym marmurze. Złożywszy kwiaty tuż pod zdjęciem roześmianej aurorki, złapała za swoją różdżkę i wyszeptała „Colorvaria!”, a róże zaczęły stopniowo zmieniać swój kolor na żółty, a później żółty na pomarańczowy, niebieski, zielony…
- Nie powinnaś była umierać – wyszeptała, czując pod zamkniętymi powiekami piasek i zalążki łez. – Nie powinnaś była mnie bronić – dodała, mają przed oczyma Dracona Malfoya celującego w nieuzbrojoną Hermionę i wypowiadającego zaklęcie. Wtedy tuz przed nią pojawiła się Tonks. A życie uleciało z niej z ciszą, która paliła Hermionę w uszy.
*
- Panno Granger?
Z rozmyślań wyrwał ją głos chłopaka. Hermiona stwierdziła, że gdy ten się uśmiecha, jakby właśnie został królem świata, wygląda jak knujący coś za plecami chochlik, ale wstała i podeszła do niego, wyzbywając się dziwnego wrażenia.
Na ladzie wyłożone było kilka opakowań z różdżkami, z czego większość nowych, które nie wyglądały na dzieło pana Olivandera choćby przez wzgląd, że żadne z pudełek nie wyglądało na choć trochę sfatygowane. Hermiona uśmiechnęła się sama do siebie, wspominając staruszka, którym pomagała Fleur opiekować się w Muszelce przez te kilka dni, w trakcie których poczuła się bezpieczniejsza.
- Oczywiście przyniosłem dla pani różdżkę z winorośli i włókna smoczego serca, ale uznałem, że być może będzie pani zainteresowana tymi – powiedział chłopak śmiertelnie poważnym tonem.
Hermiona rzuciła mu raczej sceptyczne spojrzenie i już miała sięgnąć po różdżkę z winorośli, gdy chłopak uderzył ją delikatnie w dłoń. Zamrugała szybko i rzuciła mu zdziwione spojrzenie, ale ten najwyraźniej takiej reakcji oczekiwał, ponieważ z wyrazem zadowolenia na twarzy przemówił.
- Chciałbym, aby przypomniała sobie pani to uczucie sprzed lat, gdy dotknęła pani pierwszy raz swojej różdżki. Mrowienie w palcach, ciepło emanujące od różdżki, uczucie mocy, władzy, cokolwiek to było – powiedział.
Hermiona westchnęła ze zrezygnowaniem, ale przypomniała sobie radość, która owładnęła nią tego dnia, delikatne drżenie dłoni i przekonanie, że to właśnie odpowiednie miejsce dla niej – świat czarodziejów. Była wtedy tylko małą dziewczynką, ale pamiętała wszystko doskonale.
- Gotowe – powiedziała, nie mogąc opanować uśmiechu.
Mauer również się uśmiechnął.
- Świetnie. Teraz proszę wziąć do ręki różdżkę, o którą pani poprosiła i powiedzieć, czy czuje pani to samo lub coś podobnego – powiedział, podając jej odpowiednie pudełeczko. Hermiona wyjęła różdżkę z pudełka, czując w palcach chłód zaimpregnowanego drewna, ale nic podobnego nie poczuła. Magia nie musnęła jej tak, jak tego pierwszego dnia.
- Nic – powiedziała, czując się przynajmniej dziwnie. To miała być kopia jej różdżki? Dlaczego więc nic nie poczuła?
Mauer chyba spodziewał się takiego obrotu sprawy, bo natychmiast zabrał jej winoroślową różdżkę i zamienił ją na inną, twardszą.
- Tutaj mamy orzech i wyciąg z zębów gumochłona – powiedział, a Hermiona parsknęła śmiechem.
- Żartuje pan?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Jest wiele magicznych stworzeń poza smokami, jednorożcami i feniksami, które mają wspaniałą magiczną moc. To, że mój wuj nie uznaje nic innego jako odpowiedniego do rdzenia jego różdżek, nie znaczy, że inni też uważają je za gorsze – powiedział, po czym zabrał jej z ręki orzecha i wcisnął w dłoń kolejny kawałek drewienka.
Hermiona uniosła brew.
- To lipa z zębem króliczaka – powiedział.
Hermiona wytrzeszczyła na niego oczy.
- Przepraszam, z czym?
- Z zębem króliczaka.
- A czymże jest ten „króliczak”?! – wykrzyknęła zastanawiając się, czy chłopak rzeczywiście nie robi sobie z niej wysoko posuniętych i idiotycznych żartów.
- Och, to oczywiście magiczna odmiana królika, który żyje tylko w Zakazanym Lesie. Odnalazłem go dopiero po badaniach mających zaświadczyć, że posiada magiczne właściwości zdecydowanie bardziej… hmm… poważne, niż przesąd o króliczej łapce. Jest to bardzo potężne stworzenie…
Chłopak mówił pewnie, szybko i tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale Hermiona nie mogła nie parsknąć śmiechem. Ironicznym i podłym. O, nie, nie, nikt jej nie będzie wmawiał istnienia czegoś takiego jak króliczak, toż to pogląd godny Lunu Lovegood i jej gnębiwtrysków!
- Czy Pan sobie żartuje?! – wykrzyknęła tonem już zupełnie pozbawionym wesołości. – Bardzo proszę odłożyć żarty na bok, chciałabym kupić nową różdżkę! – wykrzyknęła, mierząc chłopaka spojrzeniem. Ten zaś patrzył na nią jak zbity pies, ciskając gromami spode łba.
- No po kim, jak po kim, ale po wielkiej Hermionie Granger nie spodziewałem się tak ciasnego umysłu! – furknął.
Hermiona poczuła się tak, jakby uderzył ją w twarz. Poczerwieniała ze złości i wykrzyknęła:
- Czy w tym sklepie jest ktoś kompetentny, z kim mogłabym porozmawiać o różdżce?!
Na tyłach sklepu coś ciężko upadło na podłogę, a po chwili z ciemności wyłonił się pan Olivander.
- Mauer, co ja ci mówiłem o obsługiwaniu klientów? – zapytał, po czym pokłonił się grzecznie w stronę Hermiony. – Idź mi na zaplecze posprzątać pazury hipogryfów – powiedział stanowczym tonem do chłopaka, który spuścił głowę i bez słowa odszedł w miejsce, z którego wyłonił się Olivander. – Dzień dobry, panno Granger – powiedział.
Hermiona uśmiechnęła się do staruszka i podała mu dłoń. Olivander wyglądał dobrze, wyraźnie przytył, a na jego twarzy nie malował się już tylko wyraz przerażenia.
- Dzień dobry, panie Olivander, bardzo się cieszę, że jest pan w dobrej formie – powiedziała, a staruszek zaśmiał się i pokiwał głową.
- Zdaje się, że w lepszej niż wielu z nas – odpowiedział, po czym zrzucił z lady na podłogę wszystkie przyniesione przez Mauera różdżki. – Musi pani wybaczyć, wnuk mojej siostry bywa nieco… ekscentryczny w swoich próbach łączenia dobrego drewna z tak… nietrafionymi rdzeniami – powiedział Olivander, dwukrotnie wyraźnie powstrzymując się od ostrzejszego komentarza. – W czym mogę ci pomóc, młoda damo?
Hermiona wzruszyła ramionami. Świdrujące spojrzenie Olivandera trochę ją krępowało, a fakt, że wiedział o niej wiele rzeczy, tym bardziej komplikowało sytuację.
- Właściwie to przyszłam po kopię mojej różdżki – powiedziała nieśmiało, a Olivander już podawał jej różdżkę, którą już przed chwilą miała w dłoniach. – Panie Olivander? Czy teraz powinnam poczuć się tak, jak za pierwszym razem w pana sklepie?
Olivander zacmokał, zakładając ręce z tyłu i garbiąc się lekko.
- Widzi pani, panno Granger, każdy czarodziej jest inny, każdy czarodziej z wiekiem się zmienia. Jedni reagują tak samo, inni podobnie, a niektórzy po czasie przychodzą do mnie i zostają wybrani przez zupełnie inną różdżkę, o czym mam nadzieję, Mauer panią poinformował – powiedział filozoficznym tonem mężczyzna, nie oczekując jednak przytaknięcia. – Jeśli nie poczuła pani niczego wyjątkowego może to być kwestia rutyny, z jaką podchodzi pani do różdżki, zatem poproszę, by rzuciła pani jakieś proste zaklęcie – dodał.
Hermiona kiwnęła głową i od razu pomyślała o zaklęciu, które od zawsze jej wychodziło.
- Oppunio! – powiedziała wyraźnie, a różdżki trzymanej w dłoni wyskoczył pojedynczy, lekko wyliniały kanarek, który swoją wagą z pewnością świadczył o bardzo obfitym spożywaniu karmy dla ptaków. Hermiona skrzywiła się, kiedy zamiast ćwierkania z jego dziobu wydobył się sygnał syreny strażackiej, a pan Olivander szybko pozbył się ptaka.
- Najwyraźniej zmieniła się pani, panno Granger. Spróbujmy czegoś innego.
I próbowali. Jesionu, lipy, wiśni i ostrokrzewu, dębu, klonu, akacji czy gruszy. Piór feniksów, pazurów i kłów przeróżnych magicznych stworzeń, włosów jednorożca czy jego rogów. Stosik różdżek rósł z minuty na minutę, a Hermiona pogrążała się w dziwnym letargu, czując się tak, jakby świat magii teraz próbował ją odrzucić – gdy zdała sobie sprawę z tego, że jest jej potrzebny, a on nie zapomniał o jednej mugolaczce. Pan Olivander nie poddawał się jednak i proponował kolejne różdżki, aż w pewny momencie opadł na krzesło za ladą i zmierzył rozczochraną Hermionę długim spojrzeniem.
- Czy słyszała pani kiedyś o granatowych feniksach?
Hermiona wzruszyła ramionami. Być może coś kiedyś obiło jej się o uszy, ale nic ciekawego nie zapamiętała, co mogło świadczyć o tym, że nie uznała tych informacji za warte zapamiętania.
- Wcale mnie to nie dziwi, bo stosunkowo do niedawna sam uważałem je za mrzonkę, legendę, co najwyżej skamielinę – powiedział, kontynuując. – Co ciekawe mój pogląd zmienił się w piwnicy państwa Malfoy, gdzie jak wiesz byłem przetrzymywany i zmuszany do pracy dla pewnego czarodzieja, o którym z pewnością oboje chcielibyśmy zapomnieć – podjął. – Tam tez jednak spotkałem się z tym niesamowitym stworzenie prosto z baśni i legend i jak się okazało po rekonwalescencji u twoich dobrych przyjaciół Weasley’ów, pozyskałem od niego kilka piór – dodał. Hermiona słuchała uważnie. – Zastanawiam się, czy podać dla ciebie różdżkę właśnie z tym rdzeniem, jednak musisz najpierw zostać ostrzeżona – powiedział.
Hermiona powoli skinęła głową.
- Nie zakończyłem jeszcze badań nad tym rdzeniem i nie jestem do końca pewien, czy nadaje się on dla czarownicy takich jak pani, panno Granger. Być może różdżka będzie sprawiała wrażenie… kapryśnej lub też nie do końca posłusznej. Myślę, że potrzeba czarodzieja o wyjątkowo silnej woli i pewności siebie, by opanować ten rdzeń.
Dziewczyna skrzywiła się, smutniejąc. Opowieść o niebieskim feniksie wydała jej się bajką, którą chciała wprowadzić przez chwilę w świat rzeczywisty. Teraz jednak, po tym, co o rdzeniu powiedział Olivander Hermiona nie miała wątpliwości, że w swoim obecnym stanie psychicznym nie zdoła opanować różdżki, a ta jej nie wybierze. Kiedy jednak różdżkarz zapytał ją, czy zechce spróbować, skinęła głową. W naturze Hermiony nie leżało poddawanie się nim spróbowała.
W momencie gdy różdżka z jabłoni dotknęła jej dłoni, Hermiona poczuła łaskotanie w koniuszkach placów i ciepło rozlewające się po jej ciele. Zamachnęła się delikatnie, a z rozjarzonego koniuszka patyczka wystrzeliły piękne, kształtne i rozćwierkane kanarki, które zaczęły wesoło krążyć wokół – roześmianego i wyraźnie zadowolonego z siebie – pana Olivandera. Hermiona sapnęła zdziwiona, czując dezorientację, bowiem była niemal pewna, że różdżka nie będzie chciała jej słuchać. Tymczasem wyczarowała najpiękniejsze ptaszki oppunio, jakie kiedykolwiek widziała na oczy.
Olivander uniósł rękę, widząc, że dziewczyna chce zaprotestować i powiedział:
- Ludzie nie są dobrzy ani źli z gruntu. I nigdy nie zostają tacy sami przez całe życie. Zmieniłaś się, panno Granger.
Hermiona patrzyła przez dłuższą chwilę w przenikliwe oczy Olivandera, po czym wyjęła sakiewkę z torby.
- O, nie, nie. Wystarczającą zapłatą będzie, jeśli od czasu do czasu dasz mi znać, jak różdżka się zachowuje. To przyda się do moich badań – powiedział.
Kiedy pięć minut później Hermiona wychodziła ze sklepu, czuła się jednocześnie lekka i przygnębiona ciężarem nowej różdżki. A co jeśli ta zmieni zdanie i nie będzie chciała jej słuchać?

______________________________________
Mam nadzieję, że jesteście w miarę zadowoleni. 
Zbliża się rok akademicki i mogę mieć małe poślizgi. Obiecuję jednak, że w każdym miesiącu pojawi się jeden rozdział! 
Pozdrawiam, 
Farfocel.