wtorek, grudnia 26

05.



Rozdział 5 „Niespodziewane spotkania”

Polowanie na szlamy – Bellatriks Lestrange stoi za serią ataków na mugolaki?
Do serii brutalnych ataków na czarodziejów mugolskiego pochodzenia doszło w ostatnim czasie na południu Wielkiej Brytanii. Za sprawców uważa się między innymi zbiegłych z Azkabanu śmierciożerców. Społeczność czarodziejów zaczyna pomrukiwać o oddaniu Azkabanu w ręce dementorów. Co na to Kingsley Shacklebolt?
Od momentu odsunięcia dementorów od dozorowania osadzonych złoczyńców i morderców, wśród których nie brakuje groźnych sług zmarłego czarnoksiężnika Sami-Wiecie-Kogo, doszło do kilku ucieczek z – dotąd najlepiej strzeżonego – więzienia czarodziejów w twierdzy Azkaban. Najpoważniejszym problemem okazała się ucieczka znanego małżeństwa śmierciożerców, Bellatriks i Rudolfa Lestrange’ów. Którzy od połowy stycznia br. pozostają nieuchwytni. To właśnie z tą dwójką oraz kilkoma innymi czarodziejami kojarzone jest ostatnie kilka brutalnych morderstw na mugolakach.
„Polowanie na szlamy” to zakazany w 1743 roku zwyczaj wybijania czarodziejów pochodzących z rodzin bez magii, zapoczątkowany na długo przed powstaniem Ministerstwa Magii z prawdziwego zdarzenia. Niektóre stare i tzw. „czystokrwiste” rody roszczą sobie prawo do decydowania o tym, kiedy w społeczeństwie czarodziejów pojawia się zbyt wiele „szlam” (obraźliwe określenie czarodzieja pochodzącego z rodziny mugoli), a następnie brutalnych ataków na ich przedstawicieli. Ofiarami padają zarówno czarodzieje ukrywający na co dzień swoje korzenie, ale także osoby głośno mówiące o potrzebie asymilowania się czarodziejów z mugolami lub też przyznające się do swojego pochodzenia.
Tym razem do brutalnie zamordowanych w zeszłym tygodniu czarodziejów (Anna Towler, Minnie Hooper, Andrew Kirke, Demelza Robbins i in.) dołączyło kolejne nazwisko dorosłej już czarownicy, która walnie przyczyniła się do przeforsowania ustawy Promugolskiej w Ministerstwie Magii (o tym piszemy na stronie 12.), członkini Wizengamotu, odznaczonej Orderem Merlina III klasy za udział w Bitwie o Hogwart, Eloise Midgen.
- W oczekiwaniu na proces przed uzupełnionym składem Wizengamotu do Azkabanu odesłano piątkę podejrzanych czarodziejów: Blaise’a Zabiniego, Ericka Parkinsona, Marcusa Flinta oraz Anthonego Notta. Wciąż nieuchwytna pozostaje Bellatriks Lestrange – powiedział podczas konferencji prasowej ponownie wybrany na stanowisko Ministra Magii, Kingsley Shacklebolt. – Nie ma mowy o powrocie dementorów do Azkabanu – uciął pytania dziennikarzy.
„Polowanie na szlamy” zabrało już ponad 5 ofiar. Ministerstwo Magii łapie kolejnych czarodziejów, śledztwem zajął się sam Harry Potter, wiceszef biura aurorów, który znaczącą rolę odegrał również w Wojnie z Ciemnością. Czy tym razem Chłopiec, który przeżył ponownie powstrzyma zło? To może okazać się trudne, zwłaszcza gdyż wciąż nieuchwytna pozostaje jego prawa ręka, Hermiona Granger, a na współpracę nie zgodził się Ronald Weasley. Wspaniała Trójca Wielkiej Wojny wydaje się nie być w formie, a świat mugolskich czarodziejów potrzebuje kolejnego obrońcy rzędu Albusa Dumbledore’a.
Dla Proroka Codziennego
Rita Skeeter

Hermiona czuła się tak, jakby ktoś mocno uderzył ją w głowę, a następnie kopnął wprost w żołądek. W jej głowie coraz to nowsze obrazy brutalnej śmierci Eloise, która była jej koleżanką z dormitorium, pojawiały się i wywoływały odruch wymiotny, a blizna na ręku ze znienawidzonym napisem „szlam” wyrytym jej przez Bellatrix Lestrange, piekła boleśnie, jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie żądlące. Dodatkowo wzmianki o niej, Harrym i Ronie mocno nadwyrężały jej poczucie przyzwoitości. Dziewczyna miała wrażenie, że zostawiła świat czarodziejów w najmniej odpowiednim momencie, zajmując się sobą, jak ostatnia egoistka na ziemi, a to tym bardziej było dla niej nie do zniesienia. Dodatkowo słaby stan żołądka i boląca od kaca głowa nie pomagały, a gdzieś w odmętach poczucia winy i żalu do samej siebie obijały jej się po głowie jeszcze słowa Olivandera, który to twierdził, że musiała zmienić różdżkę, bo sama się zmieniła. Do tego w jej głowie pojawiały się czerwone oczy chłopaka z Pokątnej, jakie miał w jej śnie, a którego dalej nie potrafiła przyporządkować do żadnego znanego jej nazwiska.
Czarodziejski świat wyraźnie się sypał, a ona – Hermiona – nic z tym nie robiła, mimo że czuła się w obowiązku stanowić jeden z filarów nowego, wolnego od Voldemorta świata.
W roztargnieniu odłożyła od siebie wycinek gazety, ocierając ze zdziwieniem łzy, które pojawiły się na jej twarzy bez jej wiedzy, po czym z uporem chwyciła najbliżej leżącą książkę, którą poprzedniego dnia zaczęła przeglądać w celu poszukania większej ilości informacji o różdżkach i jej rdzeniach. Dopiero gdy piąty raz pod rząd przeczytała to samo zdanie na tej samej stronie, dotarło do niej, że książkę skończyła przeglądać i nic w niej nie znalazła, a jej umysł nie doszedł jeszcze do siebie po nocnej przygodnie z butelką wina.
Z jeszcze większym poczuciem winy Hermiona skierowała się do łazienki, gdzie wzięła zimny prysznic, mając nadzieję, że to otrzeźwi jej głowę i zabierze uczucie przejmującego gorąca, jakim objawiało się u niej trzeźwienie. Malowniczy paw, którego dokonała tuż po wstaniu z łóżka, usunęła jednym skinieniem różdżki, czując dziwne mrowienie w dłoni, jakby zaklęcia porządkujące nie były tym, do czego takowa była przeznaczona. Teraz zmywała z siebie nieistniejący zapach wymiocin i pot, czując, że wczorajszy dzień mocno odbił się na jej zastałych mięśniach i każdy gwałtowniejszy ruch sprawiał jej ból spowodowany zakwasami.
Gdy dziewczyna wyszła spod wody zobaczyła samą siebie w lustrze i zacmokała z niesmakiem, a następnie chwyciła za korektor, próbując usunąć ciemne koła spod oczu. W końcu w planach była eskapada do sklepu, a w tym stanie nie mogła pokazać się ludziom, bo jeszcze byli gotowi odesłać ją do szpitala z podejrzeniem anoreksji, a na pewno anemii. Albo, chroń Marlinie, napchać czekoladą. Fu.
Kiedy Hermiona była w połowie suszenia włosów różdżką, do drzwi mocno ktoś zastukał, a po chwili zrobił to ponownie, tym razem bez wątpliwości waląc pięścią w drzwi. Hermiona już wiedziała, kto to taki.
- Panie Grolewsky – powiedziała otwierając drzwi, gdy za nimi ukazała jej się purpurowa, okrągła twarz mężczyzny w średnim wieku ze brzuszyskiem zdecydowanie większym niż wskazywałaby średnia mieszkańców Londynu. – W czym mogę pomóc? – zapytała tonem neutralnie uprzejmym, przeczuwając, że za chwilę nastąpi wybuch bomby, a jej świeżo umalowana twarz zostanie obryzgana śliną z ust jegomościa.
- Tylko bez podlizywania się! – krzyknął. – Wisisz mi, dziewucho, czynsz za poprzedni miesiąc, a Twój bury kocur znowu pożarł mi gołębia! I to wystawowego!
Hermiona z westchnieniem otarła twarz z wilgoci, jaką rozsiewały wokół usta ów człowieka i wsparła rękę o biodro, z przykrością odnotowując, że jej palce odbiły się od wystającej kości, a z jej krągłości pozostało jedynie mgliste wspomnienie.
Peter Grolewsky, dozorca, bo nim był stojący przed Hermioną mężczyzna, cieszył się raczej nieprzyjemną sławą choleryka i służbisty, który przede wszystkim kochał pieniądze. Nieprzyjemny wygląd, wraz z niechlujstwem, którego non stoo się dopuszczał, czynił z niego ostatniego łajdaka, a charakter jeszcze bardziej utwierdzał wszystkich, których na swojej drodze spotkał Grolewsky, że ten człowiek to jedna wielka szumowina. Hermiona starała się nie wierzyć w opowieści babci o tym człowieku, jednak po kilku pierwszych dniach po bitwie, gdy wprowadziła się do starego mieszkania pani Granger, upewniła się, że opinia ta nie była ani krzty przesadzona. Grolewsky był złym człowiekiem. Kropka.
Dziewczyna cofnęła się o krok i sięgnęła ręką po torebkę, w której zagrzechotała portmonetka z pieniędzmi mugoli. Nieczęsto zabierała ją ze sobą w jakiekolwiek miejsce, ale nauczyła się, że przychodzący raz w miesiącu Grolewsky nie lubi czekać, a czynsz płacony w gotówce działa na niego kojąco.
- Proszę wybaczyć, wyjechałam na kilka dni i zapomniałam pana powiadomić – powiedziała, gładko kłamiąc, przypomniawszy sobie jak przez mgłę, że kilka dni temu ten furiat rzeczywiście musiał zgłosić się do niej po comiesięczną opłatę. Wyjęła z portmonetki kilka banknotów, ze zdziwieniem stwierdzając, że zostało ich tam zdecydowanie mniej, niż to sobie wyobrażała, po czym podała gotówkę gościowi. Ten jednak zamiast złapać bezpośrednio za pieniądze, chwycił Hermionę za nadgarstek i przyciągnął ją do siebie, po czym pchnął na ścianę i przyparł ją do niej.
Dziewczyną zawładnęło przerażenie. Mężczyzna był gruby i silny, ściskał ją mocno za ręce, które trzymał przyparte do ściany. Wielkim brzuszyskiem dociskał do niej jej tułów, a w nozdrza dyszał przegniłym oddechem. Zęby miał żółte i gdzieniegdzie zjedzone przez próchnicę, a twarz brudną i niegoloną. Pot spływał mu ze skroni, gdy ten oblizał się i powiedział do dziewczyny:
- Lepiej następnym razem nie zapominaj, bo rozliczymy się inaczej.
Złapał Herminę za wątłą pierś, po czym odepchnął ją na bok tak, że upadła na kolana, wyrwawszy jej ówcześnie pieniądze z dłoni. Następnie zeszedł ciężko po schodach i trzasnął drzwiami na samym dole.
Dziewczyna drżała przerażona i niedolna do jakiegokolwiek ruchu jeszcze przez dłuższą chwilę płacząc i czując się brudna od nieswojego potu. Miała odruchy wymiotne, ale wcześniej opróżniony żołądek nie miał co zwrócić. W głowie siedziało jej inne wspomnienie, podobne, chociaż chłopak, który ją przytrzymywał był raczej szczupły i zadbany, a wciąż nienawidziła go najbardziej na świecie.
Po dłuższej chwili dziewczyna dźwignęła się na nogi, zaatakowana mokrym nosem i szorstkim językiem Krzywołapa, po czym zamknęła mieszkanie na cztery spusty. Bała się, cholernie się bała wyjść z domu i mimo że w brzuchu burczało jej okrutnie, to tego dnia już nie wyściubiła nosa z sypialni.
Po pewnym czasie uspokoiła się na tyle, by zaczęła doskwierać jej nuda, która szybko przeradzała się w kolejne nieprzyjemne, wojenne wspomnienia, toteż dziewczyna zajęła się poszukiwaniami informacji o różdżkach. Ze starego schowka-magazynku, w którym kiedyś jej babcia miała mały gabinecik, wyściubiła kilkanaście tomów o magii i jej historii, w tym kilka lektur uzupełniających, jednak informacja, do jakich dochodziła, nie były tym czego szukała. Nie interesowały ją losy najbardziej krwawych różdżek, czy to jakimi różdżkami posługiwali się poszczególni czarodzieje i po kilkunastu godzinach poszukiwań Hermiona odrzuciła ostatni tom, jaki jej został, zirytowana obiecując sobie, że gdy tylko znajdzie się z powrotem w Hogwarcie, to porządnie zabierze się do poszukiwań.
Och.
Dziewczyna zagryzła wargę, nie mogąc się zdecydować, czy zganić się, czy przyznać do tego, że od momentu rozmowy z Ginny podświadomie planowała powrót do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Wiedza była dla niej zawsze na wysokiej pozycji w priorytetach, a fakt, że aktualnie nie miała nic ważniejszego do roboty, jak zdobywać nową, determinował jej przyszłość w dość oczywisty sposób, chociaż dziewczyna do tej pory nie chciała się do tego przyznać. Lubiła myśl, że jest komuś potrzebna, że ma coś ważnego do dokonania. Świadomość, że nie pozostało jej nic ważniejszego od nauki była… przygnębiająca.
Hermiona umościła się w salonie, w zielonym fotelu i włączyła różdżką stary telewizor, po czym sama nie wiedziała, kiedy odpłynęła.
Obudziła się nad ranem, gdy świtało i przeniosła się do łóżka, gdzie dołączył do niej Krzywołap. Zasnęła jeszcze, choć ten sen różnił się, bo był rwany i co chwilę wybudzała się z niego z obrazami bolesnych wspomnień, przeplatanych różnymi twarzami i wcześniejszymi marami, które nie dawały jej spokoju. Później obudziła się bardziej zmęczona niż wyspana, z silnym dreszczem, bo we śnie płonęła żywcem na stosie i nic nie mogła na to poradzić, ponieważ tajemniczy chłopak z Pokątnej odebrał jej różdżkę, a wraz z nią całą magiczną moc.
***
- Okej, Hermiono. Okej. Musisz iść do sklepu – powiedziała dziewczyna sama do siebie, stojąc przed lustrem w przedpokoju. Cały poranek spędziła na przerabianiu ubrań, by po włożeniu ich nie czuć się jak w worku po ziemniakach i gdy teraz spoglądała w lustro, nie czuła się już tak źle, jak w momencie, w którym spadły z niej spodnie od piżamy, gdy podniosła się z łóżka. Włożyła na siebie szare leginsy, które ukrywały w pewnym sensie jej chudość, nie eksponując wystających kości kolan, a do nich zwiewną tunikę sięgającą połowy uda, która na kolejny ciepły dzień w Londynie byłą wręcz idealna. Do tego jasne kolory pociemniały jej twarz i nie uwypuklały chorobliwej bladości. Dziewczyna miała jednak spory problem z drżeniem dłoni, a brak kieszeni w ubraniach stwarzał problem odpowiedniego ukrycia różdżki.
W końcu wzięła dwa głębokie oddechy i szybko opuściła mieszkanie, a następnie w tempie ekspresowym zeszła po schodach i wypadła na zatłoczoną londyńską ulicę, po czym – czym prędzej skierowała się do najbliższego marketu.
Krótki spacer zmęczył ją zwłaszcza, że nie czuła się bezpieczna, trzymając różdżkę w małej torebce na ramieniu. Zdecydowanie wolałabym mieć ją bezpośrednio w dłoni, jednak obawiała się, że było by to raczej bardzo jednoznaczne złamanie prawa czarodziejów, a wizyta w Azkabanie – z dementorami czy bez nich – nie należała do listy jej marzeń. Dopiero fala chłodnej klimatyzacji i filtrowane ze spalin powietrze we wnętrzu sklepu trochę ją uspokoiło.
Hermiona przeszła się między półkami kilkakrotnie, biorąc do pchanego przed sobą koszyka wszystkie te produkty, na które miała akurat ochotę. Drugą rundę przejścia po sklepie poświęciła produktom długotrwałym, które mogłyby uratować jej życie na wypadek dłuższego niewychodzenia z domu z nieprzewidzianych powodów, a stojąc już w kolejce do kasy jej wzrok padł jeszcze na półkę z napojami wysokoprocentowymi. Dziewczyna w myślach przeliczyła liczbę pustych butelek, które wrzuciła poprzedniego dnia do zsypu na śmierci, a następnie spróbowała sobie przypomnieć, jakie zapasy wina jeszcze posiadała.
O nie. Nie kupisz wina. Za dużo pijesz! – zganiła samą siebie w myślach i twardo odwróciła wzrok w stronę kolejki. Ta była jednak długa, a wzrok Hermiony sam uciekał w stronę równo poustawianych butelek. Przestań o tym myśleć! PRZESTAŃ!
Kolejka posuwała się powoli, a jedyna otwarta kasa jakby zupełnie się nie przybliżała. Wreszcie, gdy naszedł czas na zapakowanie zakupów do plecaka i zapłacenie, dziewczyna zorientowała się, że – sama nie wiedząc kiedy – poszła po wino i kupiła je. A teraz głupio byłoby prosić o odłożenie zakupu.
- Ale ma pani pojemny ten plecaczek – odezwała się uśmiechnięta ekspedientka, podziwiając jak w niewielkim plecaku znikają konserwy, makarony, ryże, słoiki z gotowymi daniami, przyprawy, kostki rosołowe, pieczywo, masło, wędliny, kawałki mięsa z kurczaka i wołowiny. Hermiona zarumieniła się, dziękując w myślach za przewidzenie potrzeby rzucenia zaklęcia zmniejszająco-zwiększającego i już miała bąknąć coś z uśmiechem, gdy zorientowała się, że jedyną rzeczą do spakowania pozostały butelki wina. Z niecierpliwością wyszarpnęła portmonetkę z torebki na ramieniu, ocierając opuszkami palców o drewienko różdżki.
- Ile płacę? – zapytała warkliwie.
- 157 funtów i 37 pensów – odpowiedziała płynnie kobieta za kasą, choć uśmiech zniknął z jej twarzy.
Nie dowierzając w to, co się stało, Hermiona zapłaciła i spakowała wszystkie zakupy do plecaka, po czym ruszyła do domu, zupełnie nie patrząc przed siebie. Szła, potykając się i chwiejąc, jakby już była pod wpływem alkoholu. Słońce przypiekało jej skórę, a w głowie szalało tysiące myśli, w których dziewczyna próbowała dojść sama ze sobą do porządku. Jak mogła tak po prostu kupić alkohol, mimo że wyraźnie sama sobie tego zabroniła? Co się z nią działo, że nie potrafiła nad sobą zapanować? A może nie chciała? Może tak było łatwiej? No i kto jej zabroni? Przecież jest dorosła! Ma prawo robić, co jej się podoba! Tylko… czy to rzeczywiście jej się podoba?
- Ugh! – wykrzyknęła, wpadając na kogoś z impetem aż zatoczyła się do tyłu i, gdyby nie fakt, że mężczyzna, w którego wpadła, ją podtrzymał, to nici byłoby z wina, ale też ogórków, fasolki po bretońsku i ketchupu w jej małym plecaku. – Przepraszam! – wykrzyknęła, łapiąc równowagę i patrząc mniej-więcej na wysokość, na której spodziewała się oczu przechodnia.
Tymczasem okazało się, że mówi do wyrzeźbionej klatki piersiowej, bo mężczyzna górował wyraźnie nie tylko nad Hermioną, ale także nad wieloma innymi przechodniami.
- Nic się nie stało – odpowiedział miłym, dość wysokim jak na mężczyznę jego postury głosem, po czym odgarnął z czoła wyżelowane włosy i rzucił dziewczynie olśniewający uśmiech, przyglądając jej się z zainteresowaniem. – Czy my się już kiedyś nie poznaliśmy?
Hermiona zastanowiła się, skąd zna te niebieskie oczy, w których tańczyły psotne ogniki, jak gdyby ich właściciel właśnie planował wyciąć komuś numer. Ze zdziwieniem szybko odnalazła podobne spojrzenie w pamięci, kiedy jeszcze jako 10-latka odwiedzała babcię w Londynie.
- Oscar?
Chłopak, słysząc swoje imię w ustach dziewczyny, porzucił minę uprzejmego zalotnika na rzecz zszokowanego, aczkolwiek miło zaskoczonego.
- Hermiona? To naprawdę ty?
Dziewczyna zarumieniła się, przypominając sobie, jak bardzo kiedyś, jako mała dziewczynka, uwielbiała spędzać czas z Oscarem Meadem. Był jej najlepszym i najwierniejszym mugolskim przyjacielem, z którym straciła kontakt po pójściu do Hogwartu. Choć początkowo tęskniła, to nauka i nowi przyjaciele, a także mrożące krew w żyłach przygody, wybiły jej z głowy przyjaciół ze starego świata. Dotarło do niej, że trudno będzie jej podtrzymać jakiekolwiek znajomości z mugolami, a nawet wmówiła sobie, że to niemożliwe. Teraz jednak poczuła, że to magia pchnęła jej do stanu, w którym sama nie kontroluje swoich odruchów, pije i o mało nie zagłodziła się na śmierć. Może więc powinna utrzymać równowagę między światem magii, a światem mugoli?
Już cisnęło jej się na usta proste stwierdzenie, które zakończyłoby tą niespodziewaną wymianę zdań, już miała powiedzieć, że pomyliła Oscara z kimś innym, że nie była tą osobą, za którą ją brał, ale wtedy przypomniała sobie, jak wiele bólu doświadczyła od magicznego świata i jego użytkowników.
- Tak, to ja! – zawołała z uśmiechem na twarzy. – Co u ciebie? Tak dawno się nie widzieliśmy!
I tak rozmowa jakoś się potoczyła. Przez chwilę stali na chodniku mijani przez przechodniów, którzy rzucali im posępne spojrzenia, bo zajmowali sporą część przejścia i wtedy Oscar zaproponował:
- Znam tu niedaleko świetną knajpkę. Może zjemy razem lunch albo chociaż wypijemy kawę i powspominamy stare czasy? – zapytał, na co dziewczyna chętnie się zgodziła.
Przecznicę dalej, śmiejąc się i żartując, weszli do niewielkiego lokalu urządzonego w stylu przytulnej herbaciarni i niewielkiej restauracji, gdzie lekko podniszczone sprzęty i mnóstwo roślinności sprawiało wrażenie wejścia do środka parku, w którym rozstawiono stoliki, a imitujące dzienne światło lampy tylko podtrzymywały lekko magiczny urok tego miejsca. Wszechobecna zieloność i zapach kwitnących kwiatów przenosił do innego świata, a oczarowana miejscem Hermiona pozwoliła poprowadzić się do stolika na uboczu i usadzić z dala od pozostałych gości.
- Więc… co się właściwie z tobą działo? – zapytał na wstępie mężczyzna, po tym jak niziutka i drobniutka niczym chochlik kelnerka przyjęła od gości zamówienie na dwie białe kawy i danie dnia, jakim okazały się być placuszki Game, czyli tamtejsza odmiana obiadowych placków z dziczyzną.
Hermiona zarumieniła się lekko i wzruszyła ramionami, nie do końca wiedząc, co może odpowiedzieć, by nie zacząć zaplątywać się w sieć kłamstwa.
- Wiesz, jak to jest. Szkoła z internatem, mnóstwo nauki, później studiowałam za granicą, trochę podróżowałam – bąknęła pod nosem i ponownie wzruszyła ramionami. Ku jej uldze, Oscar nie dociekał. Hermiona lubiła go za wyczucie rozmówcy i za to, że gdy nie było o czym mówić, to zaczynał mówić o sobie. To było wygodne, słuchać jego wesołej paplaniny, a w tym czasie mieć chwilę na zastanowienie, jak pokierować rozmową, by ta nie zeszła na złe tory.
W knajpie spędzili ponad godzinę, jedząc i wymieniając się uwagami. Wracali do wspólnych wspomnień i opowiadali sobie o nowinkach, które zasłyszeli wśród dawnych wspólnych znajomych, choć tych Hermiona miała zdecydowanie mniej, niż Oscar, ale z zapałem odpowiadała na jego opowieści, chcąc jak najszybciej nadrobić stracony czas.
Kiedy w końcu młody mężczyzna stwierdził, że czas na niego, choć bardzo dobrze mu się z nią rozmawia, dziewczyna okazała się być bardziej zawiedziona, niż się tego po sobie spodziewała.
- Hm, może odprowadzę cię do domu? – zaproponował, widząc jej smutek. – I tak idę w tę samą stronę, a twój plecak wygląda na ciężki – dodał, kiedy zamknęły się za nimi drzwi Herbaciarni i restauracji pani Puffing.
Hermionie zrobiło się jakby chłodniej, choć na niebie wciąż wisiało słońce, jednak cała magia tej przyjemnej restauracji zniknęła, zabierając z Hermiony dobry humor. Nieśmiało skinęła głową, gdy Oscar wyciągnął do niej rękę i podała mu plecak.
- O żesz – zaklął, łapiąc go w ostatniej chwili przed upadkiem. – Co ty tam trzymasz? Bombę atomową? – zapytał pół żartem, pół serio, dziwiąc się, jak taki malutki plecaczek może być tak ciężki.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Jedzenie – odpowiedziała, powodując śmiech przyjaciela.
- No to musisz być naprawdę głodomorem – zaśmiał się, sprawiając, że i ona się uśmiechnęła.
Razem ruszyli w odpowiednim kierunku, wspominając wszystkie zdarzenia, z jakimi kojarzyły im się konkretne budynki i miejsca.
- O, a pamiętasz, jak pogoniłaś tutaj Luoisa Freya? Tego dupka, który lubił się znęcać nad zwierzętami – powiedział z początku uradowany, a na koniec wypowiedzi wyraźnie zniesmaczony mężczyzna.
Hermiona doskonale pamiętała tamtą sytuację. Najpierw odebrała pobitego i sponiewieranego kotka z rąk bandy Freya, a następnie zrobiła z niego ostatnią ofermę, sama nie wiedząc wtedy, dlaczego żaden z ciosów wymierzonych w nią nie trafił. To był dzień, w którym dowiedziała się o swoich magicznych zdolnościach i który był jednym z ostatnich spotkań Hermiony i Oscara.
- Hm, nie, nie bardzo pamiętam – odpowiedziała, starając się zabrzmieć neutralnie, jakby wspomnienie to nie miało dla niej większego znaczenia, choć gdy tylko Oscar wspomniał o zwierzętach prawie poczuła na dłoni dotyk szorstkiego języka uratowanego kotka, któremu właśnie przywróciła zdolność widzenia w lewym oczku, pociętym wcześniej ostrym narzędziem.
- Jak możesz tego nie pamiętać?! – wykrzyknął Oscar zdziwiony. – Przecież ty wtedy praktycznie samym dotykiem wyleczyłaś tego kota!
Hermiona zesztywniała, czując, że chłopak wszedł na niebezpieczne tematy.
- Musiało ci się coś pomylić – odpowiedziała chłodniejszym tonem niż zamierzała. Tymczasem doszli już do budynku, w którym mieszkała. – Na mnie już pora.
- Ale…
- Do zobaczenia, Oscar – powiedziała z wzrokiem wbitym gdzieś ponad jego ramię, po czym odebrała swój plecak i zniknęła w drzwiach klatki schodowej.
Znajomy odór starego, spróchniałego drewna pobudził niedawne wspomnienia odwiedzin pana Grolewsky’ego, więc niewiele myśląc Hermiona popędziła na samą górę, czując w żyłach przypływ adrenaliny, ale także cukru po zjedzonym lunchu. Tak się rozpędziła, że o mało nie wpadła na siedzącego na schodach mężczyzny o rudych włosach i tysiącu piegów na nosie. Już miała zakląć pod nosem, kiedy uświadomiła sobie, że to…
- Ron?
  _______________________________
No hej! Obiecałam w święta i jakoś poszło :) Dobrze pisało mi się ten rozdział, który oczywiście nie jest betowany. :( 
Chciałabym Wam życzyć wszystkiego, co najlepsze i byście ten czas wykorzystali na to, co kochacie i na odpoczynek. Dużo śpijcie! I dajcie znać, czy tym razem spełniłam jakieś minimum przyzwoitości rozdziałowej :) Buziaki ;)