wtorek, października 31

04.



Rozdział 4 „Złodziejka magii”

Droga do domu okazała się zbyt krótka, by Hermiona wszystko poukładała sobie w głowie. Kiedyś wiele czytała o rdzeniach różdżek, ale nigdy nie słyszała, by czarodzieje musieli zmieniać je z konieczności, bo te, które wybrały ich za pierwszym razem, nagle odmawiały posłuszeństwa. Czuła się dziwnie, brodząc po ulicach Londynu, między spieszącymi się w tę i z powrotem mugolskimi mieszkańcami. Miała wrażenie, że jest dziwnie obca – zarówno dla siebie, jak i dla innych. Zawsze utożsamiała się ze smoczym sercem i winoroślą, była pewna, że to określa ją jako czarownicę. Tymczasem okazało się, że coś musiało się zmienić i jedno ogniste stworzenie zmieniła na jeszcze bardziej ogniste – ba! – dla niektórych tylko legendarne i nieistniejące w realnym świecie.
Hermiona miała ochotę zapytać Olivandera, w jakich okolicznościach uzyskał pióra od niebieskiego feniksa, ale ta część jej umysłu, która zazwyczaj odpowiadała za ciekawość świata i chęć zdobywania wiedzy, została mocno zdominowana przez uczucie, które pojawiło się ni stąd ni zowąd i całkiem ją sparaliżowało. Strach. Jeśli już nie określa ją ani smocze serce, ani winorośl, to właściwie co ją określa? A może to tylko konieczność zmusiła jej pierwszą różdżkę do jej wyboru, bo Olivander nie spotkał się jeszcze z niebieskimi feniksami? Czyżby przez całe życie oszukiwała się i wierzyła w swoje magiczne umiejętności determinowane poniekąd nie właściwą różdżką?
Wejście po schodach na klatce, poprzedzającej mieszkanie Hermiony, okazało się wyzwaniem. Spacer z Pokątnej przez pół Londynu, którego Hermiona właściwie nie zarejestrowała, zajął jej dużo więcej czasu, ale także sił, niż dziewczyna gotowa byłaby przyznać. Po drugiej kondygnacji doświadczyła pewnego problemu z oddychaniem, a przyspieszony oddech jakby nie dawał płucom odpowiednio wielkiej dawki tlenu, co sprawiło, że mięśnie powoli zaczęły się buntować i palić ją w nogach i brzuchu. Przepona uległa skurczowi, a dziewczyna musiała się zatrzymać i zgiąć w pół, próbując ratować własne płuca.
Dziewczyna zaklęła pod nosem, czując, że gdyby nie Ginny i jej wczorajsza wizyta, Hermiona mogła już niedługo mieć problem nie tylko ze spacerami, ale z normalnym wstaniem rano z łóżka. Do tego czuła mdłości, które dodatkowo utrudniały jej oddychanie i wcale nie była pewna czy to wynik głodu, czy raczej odzwyczajenia żołądka od jedzenia, które pochłonęła rano. Okrągłe pięć minut zajęło jej uspokojenie oddechu, a kolejne pięć wdrapanie się po kolejnych sześciu kondygnacjach na czwarte piętro. Tak tragiczna kondycja zawstydzała dziewczynę, która dotychczas nie miała pojęcia, jak wielkie szkody poczynił jej tryb życia w jej organizmie.
Po wejściu do mieszkania dziewczynę przywitał Krzywołap, ocierając się o jej nogi i miaucząc żałośnie, w czym dziewczyna poznała jego zwyczajową, najsmutniejszą pod słońcem pieśń noszącą tytuł „Nie jadłem nic od kilku godzin”. Dziewczyna uśmiechnęła się i ruszyła do szafek w poszukiwaniu upchanego gdzieś worka z ulubioną suchą karmą dla jej kota.
Wytarganie go z wysoko położonej szafki okazało się wezwaniem, a wcześniejsze krople potu, stłoczone na czole i skroniach, teraz spłynęły z twarzy Hermiony, zabierając ze sobą także pokłady ciemnego pudru, który rano dziewczyna nałożyła w celu ukrycia chorobliwej bladości skóry od kilku tygodni pozbawionej słońca. Gdy w końcu udało jej się zdjąć wór bez strat w szklankach i talerzach, obficie napełniła miskę Krzywołapa, który rzucił się na miskę jakby nie jadł tydzień, czyli jak zawsze. Dziewczyna pokręciła głową z pewną dozą czułości po czym sama zajrzała do lodówki, nie tyle czując się głodna, o ile pamiętając, że siły same się nie odzyskają, a jedzenie w regularnych odstępach czasu, a przynajmniej co najmniej trzy razy na dobę, mogło tylko pomóc im powrócić.
Prócz wczorajszej zupy od Ginny, w lodówce świeciło światło… i oświetlało zgniłego pomidora oraz jakiś dawno przeterminowany serek. Hermiona westchnęła, wypowiadając w myślach Chłoszczyć!, co nadzwyczaj dobrze zadziałało, bo dotąd nieszczególnie idealnie radziła sobie z typowo gospodarczymi zaklęciami – pierwsze zaklęcie rzucone nową różdżką sprawiło, że wnętrze lodówki zalśniło czystością, a kolejne dwa odesłały przeterminowane produkty do kosza pod zlewem. Następnie dziewczyna wstawiła garnek z zupą na kuchenkę i już po kilku chwilach w kuchni rozniósł się zapach domowej pomidorowej, a zawartość garnka zaczęła leniwie bulgotać.
Po posiłku dziewczyna postanowiła odłożyć wizytę w sklepie na kolejny poranek, czując się zmęczona zarówno wysiłkiem fizycznym, jakim okazała się wizyta na Pokątnej, ale także psychicznie wyczerpana wrażeniami związanymi z nabyciem nowej różdżki. Nie spodziewała się, że coś tak prozaicznego jak wizyta w sklepie Olivandera może stać się powodem wielu jej rozterek i problemów z zaśnięciem.
Tymczasem przez kilka godzin przy kompletnej ciszy, która dawno powinna już ją znudzić, jej ciało wciąż było pobudzone, mimo iż ociężałe ze zmęczenia, a oczy nie chciały się zamknąć. W głowie dziewczyny tłukły się wiadomości o różdżkach, drewnie i rdzeniach, a Hermiona nie mogła zrozumieć, dlaczego winorośl zamieniła się z jabłonią, a smocze serce ustąpiło miejsca feniksowi i to jakiemuś egzotycznemu! O jej głowę obijały się denerwujące myśli. Co się ze mną stało? Co właściwie oznacza jabłoń? Stałam się mniej pewna siebie? Przestałam dążyć do czegoś więcej niż tylko pracy, domu, rutyny? Czyżbym aż tak się zmieniła? Ale także w głowie kołatało jej się kilka innych zdań, które wypowiedział Olivander lub które wyczytała wcześniej w poradnikach dotyczących różdżek. Jest pani jeszcze dalej czarnej magii, niż była pani dotąd, panno Granger. Albo Posiadaczy różdżek z jabłoni jest niewielu, bowiem to kruche drewno sprawia, że różdżka wydaje się być bardziej kapryśna, a raczej trudno oczekiwać, by wytwórca różdżek narażał się na złą opinię, proponując kapryśne różdżki swoim klientom.
Hermiona uśmiechnęła się na wspomnienie Maurea, siostrzeńca pana Olivandera, który sugerował jej różdżki z co najmniej dziwnymi rdzeniami. Chyba nie byłaby bardzo zaskoczona, jeśli zaproponowałby jej tego dnia różdżkę z rdzeniem z rogu chrapaka krętorogiego. To bardzo by do niego pasowało.
Po jakimś czasie dziewczyna zakopała się pod kołdrą, czując, że niewiele jest w stanie z siebie tego wieczoru wydusić, po czym uznała, że sen będzie najlepszą możliwą opcją.
Ten jednak nie nadchodził.
Po liczeniu skaczących ropuch, a później też hipogryfów ubranych w różowe stroje baletnic, czego nauczyła Hermionę Eloise Midgen, a następnie po kolejnej próbie odpowiedzenia sobie na nurtujące ją pytania, a które to próby zaśnięcia owocowały coraz to szerzej otwartymi oczyma, dziewczyna odgarnęła ze złością puchową kołdrę i pomaszerowała do kuchni. Była zła sama na siebie, bo czuła się zmęczona, a jej ciało nie miało najwyraźniej najmniejszego zamiaru oddać się w troskliwe objęcia Morfeusza.
Zapaliła światło w kuchni, mrużąc oczy przed nadmiarem blasku w oczach, po czym prawie nie patrząc powędrowała do małej szafki tuż za lodówką, której postronny obserwator z pewnością by nie zauważył, ponieważ miała szerokość dokładnie taką, by zmieściła się w niej jedynie butelka z czerwonym winem.
Dziewczyna przebiegła wzrokiem po lekko umniejszonych zapasach, po czym sięgnęła po wino skrzatów, czerwone, półsłodkie. Lubiła jego lekko korzenny smak w połączeniu ze słodyczą winogron dojrzewających w winnicach słonecznej Francji… Niewiele myśląc Hermiona odkorkowała butelkę i posmakowała bukietu wina, który dzięki węchowi uderzył jej do głowy.
Gdyby była z kimś, albo być może gdyby nie to, że jeszcze kilkanaście godzin wcześniej gotowa była zagłodzić się na śmierć (do czego oczywiście w ogóle nie zamierzała się przyznawać, nawet sama przed sobą), to może rzuciłaby okiem w stronę stojących na szafce w salonie kilku pięknych, kryształowych kieliszków. Ale była sama i picie wina prosto z butelki było jak najbardziej czynnością dopuszczalną, a nawet – och, Merlinie, niech ten sen już przyjdzie – wskazaną.
*
Biegłam. Wiedziałam, że muszę biec, bo jeśli tylko się zatrzymam, jeśli tylko przystanę, by złapać oddech, to niechybnie padnę ofiarą biegnącego za mną tłumu. Było jasno, to musiał być środek dnia, a ja nie wiedziałam, przed kim uciekam, choć wiedziałam, że nie mogą się zatrzymać. W ręku kurczowo ściskałam moją różdżkę, jabłoń z piórem z ogona chabrowego feniksa. Co jakiś czas sypały się z niej skry, jakby różdżka dawała moim prześladowcom znaki, w którą stronę postanowiłam uciec. Och, Merlinie!
Wypadłam z kolejnej uliczki i już wiedziałam, gdzie jestem – ostre słońce, które w Londynie można było zobaczyć tylko podczas tragicznie rzadkich, upalnych nie do zniesienia dni, oświetlało przede mną zatłoczoną ulicę Pokątną.
Czułam, że wystarczy do niej dobiec. Że główna ulica i zgromadzeni tam czarodzieje pomogą mi, że zatrzymają rozszalałą sforę biegnących za mną ludzi. Wystarczyło dobiec, zawołać o pomoc.
Już wyskakiwałam na zalaną słońcem Pokątną. Już wybiegałam zza rogu i byłam bezpieczna, gdy nagle wpadłam twarzą prosto w mizernie wyglądającą, chociaż wciąż twardą od mięśni klatkę piersiową wysokiego mężczyzny. Blondyn z Pokątnej uśmiechnął się do mnie z kpiną wymalowaną w lekko przymrużonych oczach.
- Pomóż mi – wydyszałam, ale on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Do usług szanownej pannie Granger – powiedział, po czym pchnął mnie w objęcia rozszalałego tłumu.
Ten zaś – myślałby kto – rzucił się na mnie z oszałamiającą siłą tak, że poczułam, jak z płuc wylatuje mi powietrze, a ucisk na klatkę piersiową nie chce pozwolić na jego ponowne zaczerpnięcie. Ręce, zakrzywione na kształt pazurów albo może szponów zaczęły obrywać mnie z całej mojej godności, jak gdyby mogła ona być czymś tak powierzchownym jak poły ubrania. Chciałam krzyczeć, ale nie pozwalało mi na to stłumione na zewnątrz powietrze, które z jednej strony napierało mi na usta i nozdrza, a z drugiej nie dawało wytchnienia ściśniętym płucom. Dusiłam się nadmiarem powietrza.
Zewsząd odzywały się głosy. Ktoś odebrał mi z rąk różdżkę, której tak bardzo kurczowo trzymałam się do tej pory, wrzeszcząc, że tylko prawdziwym czarodziejom należy się dostęp do magii. Czułam na sobie miliony spojrzeń nienawistnych i pełnych pogardy. Oto Olivander podszedł i wymierzył mi siarczysty policzek. Za chwilę Ron splunął mi pod nogi, przeklinając moją szlamowatą krew. Wszystko we mnie krzyczało, wszystko zaprzeczało. Ale im bardziej chciałam wykrzyczeć im prawdę, tym bardziej brakowało mi powietrza, a kolejne znane mi i niejednokrotnie poważane, a nawet kochane osoby, wykrzykiwały mi w twarz, że jestem nic nie wartą szlamą.
- Nawet gobliny mają w sobie więcej magicznej krwi, ty brudna dziwko – wykrzykiwał raz po raz Dean Thomas.
- Wiesz, jak łatwo było cię znaleźć? Wszędzie zostawiasz po sobie szlamowate ślady! – wykrzykiwał Harry.
- Że też coś tak brudnego może chodzić po ziemi! – wykrzykiwała Padma Patil.
- Kim ty jesteś, żeby uważać się za czarodzieja?! – krzyczała Minerwa McGonagall.                
                - Złodziejka magii! - wykrzykiwał ktoś inny.
Z każdym słowem czułam się słabsza, z każdą obelgą moja determinacja w walce o oddech i o życie słabła. Stałam pośrodku napierającego na mnie kręgu czarodziejów, czując, że za chwilę wybuchnę, a świat zaczął wirować w mojej głowie.
Z tłumu wyróżniała się tylko jedna twarz, spokojna i jakby nie nieprzychylna. To ów blondyn, którego spotkałam niedawno – a może lata temu? – na Pokątnej, gdy zmierzałam po moją nową różdżkę. Patrzył na mnie spokojnie, nawet jakby… ze współczuciem.
- Pomórz mi – ponowiłam prośbę, a jego twarz rozświetlił uśmiech. Wycelował we mnie różdżką – moją różdżką – i spojrzał mi prosto w oczy. Jego nie były jednak takie, jakich się spodziewałam – instynktownie dopasowując do niego błękit letniego, leniwego popołudnia z chabrem wzburzonego morza. Na moich oczach jego tęczówki przybrały krwawy kolor szkarłatu, a z jego ust wydobyły się dwa słowa.
- Avada…
*
Hermionę ze snu wyrwał odgłos stukania w okno. W głowie grała jej orkiestra symfoniczna, a w ustach panowała pustynia godna najbardziej wyschniętego miejsca na Saharze.
Za oknem słońce właśnie wstawało, a w oknie siedziała szara płomykówka ze zwiniętym skrawkiem pergaminu w dziobie. Hermiona popatrzyła na nią półprzytomnym wzrokiem, po czym stoczyła się z łóżka i ruszyła chwiejnie w stronę okna. Otworzenie go zajęło jej chwilę, a gdy to się udało i świeże, dość rześkie powietrze uderzyło ją w twarz, kobieta poczuła, że niepokój, jaki odczuwała w żołądku od momentu przebudzenia, zmienia się gwałtownie w niepohamowane torsje, które zakończyły się malowniczymi wymiotami prosto na niedawno uprzątnięty przez Ginny dywanik w sypialni.
Sowa zahukała z niezadowoleniem, po czym upuściła przesyłkę na łóżko, uznając najwyraźniej, że to miejsce będzie bezpieczniejszym dostarczeniem przesyłki, niż pozostawieniem jej w pobliżu niedysponowanej adresatki.
Hermiona otarła usta i podczołgała się do łóżka, by sprawdzić, co takiego wybudziło ją ze snu. Jak wielkie było jej zdziwienie, gdy okazało się, że to wycinek z Proroka Codziennego, wydania z zeszłego tygodnia. Nagłówek z pewnością był pierwszostronicowy, a ze zdjęcia, którym został opatrzony na Hermionę łypała groźnie szalona i najbardziej znienawidzona przez dziewczynę czarownica na świecie – Bellatrix Lestrange.
Nagłówek wrzeszczał:
Polowanie na szlamy – Bellatrix Lestrange za seria ataków na mugolaki?
________________________________________
Rozdział krótki, ale nie miała na niego żadnej weny. Przepraszam. W listopadzie postaram się jeszcze przynajmniej o 1 dłuższy. Buziaki.